Twoja Niezapomniana podróż już czeka!

Deszczowe lasy Północy Hohv – Wybrzeże Pacyfiku jakiego się nie spodziewacie. Las deszczowy Hoh – najcichsze i najpiękniejsze miejsce Ameryki, jakie znam

Las deszczowy Hoh – najcichsze i najpiękniejsze miejsce Ameryki, jakie znam
Jest takie miejsce w Stanach Zjednoczonych, do którego wracam myślami znacznie częściej niż do jakiegokolwiek innego zakątka tego kontynentu. Nie ma tam neonów, nie ma tłumów, nie ma nawet w pełni zasięgu telefonu. Jest za to zielone, wilgotne, gęste od mchu powietrze i cisza tak głęboka, że słychać krople spadające z liści dębu wiecznie zielonego, zanim jeszcze dotrą do ziemi. To Hoh Rain Forest – las deszczowy leżący na Półwyspie Olympic, w najbardziej wysuniętym na północny zachód zakątku stanu Waszyngton, kilkadziesiąt kilometrów od granicy z Kanadą. Jeśli miałbym wskazać jedno miejsce w Ameryce, które uważam za najpiękniejsze – to właśnie ono.

Żeby zrozumieć Hoh, trzeba najpierw zrozumieć górę, która stoi nad nim niczym stróż. To Mount Olympus – najwyższy szczyt Gór Olympic, prawie 2 400 metrów n.p.m., pokryty lodowcami przez cały rok. Przez długi czas sam myślałem, że to kolejny z kaskadowych wulkanów, jakich pełno w tej części kraju – Rainier, Baker, St. Helens.

Nic bardziej mylnego. Mount Olympus nie jest wulkanem. To coś znacznie bardziej niezwykłego – fragment dawnego dna oceanicznego, warstwy piaskowca i łupków sprzed dziesiątek milionów lat, które płyta Juan de Fuca, wsuwając się pod kontynent północnoamerykański, zeskrobała z oceanicznego dna i wypchnęła wysoko w niebo. Ta góra dosłownie urodziła się z morza – a dziś, stojąc na drodze wilgotnych mas powietrza znad Pacyfiku, oddaje morzu hołd w najbardziej spektakularny możliwy sposób.

Bo to właśnie tutaj, na zachodnich zboczach Gór Olympic, rozgrywa się jedno z najbardziej ekstremalnych zjawisk klimatycznych w całych Stanach Zjednoczonych. Ciepłe, nasycone wilgocią masy powietrza znad Pacyfiku, niesione przez prądy oceaniczne i zachodnie wiatry, uderzają w ścianę gór dokładnie w tym miejscu, gdzie ląd wznosi się najgwałtowniej. Powietrze jest zmuszone iść w górę, ochładza się, traci zdolność utrzymania pary wodnej – i oddaje ją ziemi.

Efekt? Na zachodnich stokach Gór Olympic spada nawet 3,5–4,3 metra deszczu rocznie – to jedne z najwyższych opadów w całych Stanach Zjednoczonych i jeden z najzimniejszych, najbardziej umiarkowanych lasów deszczowych na świecie. W przeciwieństwie do tropikalnej dżungli nie ma tu upału – jest chłód, wilgoć i światło sączące się przez korony drzew w odcieniach szmaragdu, jakich nie widziałem nigdzie indziej.

A najbardziej niesamowite jest to, co dzieje się zaledwie kilkadziesiąt kilometrów dalej. Miasteczko Sequim, leżące po drugiej stronie tych samych gór, w ich cieniu opadowym, notuje zaledwie 40 centymetrów deszczu rocznie – tyle, co Los Angeles. Ta sama góra, ten sam kontynent, ten sam ocean – a w odległości niecałych 100 kilometrów w linii prostej mamy jeden z najbardziej deszczowych i jeden z najbardziej suchych punktów całego kontynentu. Nigdzie indziej w Stanach Zjednoczonych ten kontrast nie jest tak gwałtowny.

To właśnie w tej wilgotnej, zielonej dolinie, wzdłuż rzeki Hoh, od pokoleń żyje niewielkie plemię, które samo siebie nazywa Chalá·at – „Lud Południowej Rzeki”. Ich tożsamość, historia i codzienne życie od zawsze były związane nie z wiatrem, a z wodą – z rzeką, która płynie z lodowców Mount Olympus prosto do Pacyfiku, niosąc ze sobą łososie i życie całej doliny. To lud deszczu, cichy i związany z ziemią w sposób, jaki trudno dziś sobie wyobrazić.

Ciekawe jest jednak to, co dzieje się po drugiej stronie kontynentu – bo wilgoć znad Pacyfiku ma swój odpowiednik, a raczej swoje przeciwieństwo, znacznie dalej w głębi lądu. Tam, po wschodniej stronie Gór Skalistych, rdzenni mieszkańcy prerii – lud Czarnych Stóp (Blackfoot) – od wieków opowiadali o wietrze, który potrafi „pożreć śnieg” w ciągu kilku godzin. To właśnie ten fenomen, dziś znany jako wiatr chinook, potrafi podnieść temperaturę nawet o 20 stopni Celsjusza w ciągu jednego popołudnia, gdy suche powietrze, które oddało już całą swoją wilgoć po zachodniej stronie gór, gwałtownie opada po wschodnim zboczu i rozgrzewa się – to zjawisko meteorolodzy nazywają efektem fenowym.

Nazwa „chinook” została zapożyczona od nadmorskiego ludu Chinook, mieszkającego znacznie dalej na południe, u ujścia rzeki Columbia, których określenie odnosiło się pierwotnie do ciepłego, wilgotnego wiatru wiejącego znad oceanu w głąb lądu – zjawiska zupełnie innego niż suchy, gorący wiatr prerii, choć noszącego tę samą nazwę.

To fascynujące, jak jeden ocean, jedna masa powietrza, może pisać dwie zupełnie różne historie – po zachodniej stronie gór staje się deszczem, który przez tysiące lat karmił las Hoh i lud Chalá·at, a po przekroczeniu grzbietu, setki kilometrów dalej, zamienia się w suchy wiatr, który w kilka godzin pożera śnieg z prerii. Stojąc w Hoh, pod baldachimem klonów owiniętych grubą warstwą mchu klubowego, trudno w ogóle uwierzyć, że ta sama masa powietrza ma w sobie taką dwoistość.

Nie znam miejsca w Ameryce, w którym czułbym się mniejszy i spokojniejszy niż w Hoh Rain Forest. Światło, które przebija się przez warstwy mchu i paproci, cisza przerywana jedynie szumem rzeki i skrzypieniem starych świerków sitka, poczucie, że wchodzi się do miejsca, które istniało na długo przed nami i będzie istnieć długo po nas – to coś, czego nie da się opisać zdjęciem. Trzeba tam po prostu stanąć i oddychać.

Dobra wiadomość jest taka, że to niezwykłe miejsce można odwiedzić razem z nami – Hoh Rain Forest znajduje się w programie dwóch naszych wypraw: Kalifornia, Oregon, Waszyngton – Najpiękniejsze Wybrzeże Pacyfiku oraz Góry Skaliste i Dzika Natura Północno-Zachodnich Stanów. Obie wyprawy prowadzą przez najbardziej spektakularne krajobrazy północno-zachodniego wybrzeża USA, z polskim przewodnikiem i w gronie Polonii z Chicago.

Szczegóły i zapisy: elitrips.com, 773-920-2400, office@elitrips.com.

Kordian Gdulski, Eli Trips