Gdybyś spytał przeciętnego Polaka, co wie o Cincinnati, najpewniej wzruszy ramionami albo powie coś o drużynie baseballowej. A szkoda, bo Cincinnati to jedno z tych amerykańskich miast, które nosi w sobie całe warstwy historii — dosłownie, bo część tej historii spoczywa trzydzieści stóp pod ziemią, w zimnych, ceglanych tunelach, gdzie niegdyś leżakowało piwo, a dziś zwiedzający schodzą z latarkami i szeroko otwartymi oczami. Cincinnati to miasto, które w XIX wieku biło się o tytuł największej metropolii Zachodu, które dało światu prototyp Mostu Brooklińskiego, które przez kilkadziesiąt lat było nieoficjalną stolicą niemieckiej Ameryki — i które przez długie dekady nikomu nie pozwoliło o tym pamiętać.
Zacznijmy od początku, choć w przypadku Cincinnati „początek” jest kwestią umowną.
Osada, która chciała być Rzymem

Cincinnati założono w 1788 roku na północnym brzegu rzeki Ohio, w miejscu, gdzie Licking River wpada do Ohio River. Pierwotna nazwa brzmiała Losantiville — zbitka łaciny, greki i języka francuskiego, oznaczająca mniej więcej „miasto naprzeciwko ujścia Licking”. Nikt tej nazwy specjalnie nie lubił i gdy w 1790 roku przybył generał Arthur St. Clair, gubernator Terytorium Północno-Zachodniego, szybko zmienił ją na Cincinnati — na cześć Society of the Cincinnati, stowarzyszenia oficerów Rewolucji Amerykańskiej, które z kolei swoją nazwę wzięło od Lucjusza Kwinkcjusza Cincinnata, rzymskiego dyktatora słynącego z cnót obywatelskich. Tak oto na zachodniej granicy nowego państwa powstało miasto z ambicjami imperiumizatora.
Ambicje te szybko znalazły pokrycie w rzeczywistości. Przez pierwsze pół XIX wieku Cincinnati rosło w tempie, które dziś wprawiłoby w podziw niejednego developera. W 1800 roku mieszkało tu niecałe tysiąc osób. W 1840 — ponad 46 tysięcy. W 1850 — blisko 115 tysięcy, co czyniło je szóstym co do wielkości miastem w Stanach Zjednoczonych. Był to port śródlądowy, węzeł handlowy, centrum przetwórstwa mięsnego — słynna rzeźnia świń działała tu na skalę przemysłową, dając Cincinnati przydomek „Porkopolis”, który miejscowi przyjęli z pewną dozą ironii i dumy jednocześnie. Dziś świnia w różnych reinkarnacjach pojawia się w herbie, na muralach i w nazwach lokalnych restauracji.
Niemcy przychodzą i zmieniają wszystko
Prawdziwy charakter Cincinnati ukształtowała jednak fala emigracji z krajów niemieckich, która zaczęła przybywać w latach 30. XIX wieku, a nabrała tempa po rewolucjach 1848 roku. Niemcy nie rozproszyli się po całym mieście — skupili się na obszarze tuż na północ od kanału Miami-Erie, który przecinał miasto ze wschodu na zachód. Kiedy Niemcy szli do centrum i z powrotem, musieli przekraczać mosty nad tym kanałem. Żartobliwie nazywali go Renem — w nawiązaniu do wielkiej rzeki z ojczyzny — a spacer do miasta stał się „pójściem za Ren”, czyli po niemiecku: über den Rhein. Tak narodziła się nazwa Over-the-Rhine, dzielnicy, która do dziś jest jednym z najlepiej zachowanych historycznych obszarów miejskich w całych Stanach Zjednoczonych.
Over-the-Rhine to nie jest tylko atrakcja turystyczna. To ponad 1100 ceglanych budynków wzniesionych głównie między 1865 a 1880 rokiem, rozsianych na powierzchni ponad 360 akrów. Wąskie, wysokie kamienice w stylu włoskim — Italianate — z ozdobnymi gzymsami, kutymi balustradami i charakterystycznymi oknami wykuszowymi są tak gęsto skupione, że Nowy Jork Times porównał tę dzielnicę do nowojorskiego Greenwich Village. Arthur Frommer, twórca kultowych przewodników turystycznych, uznał Over-the-Rhine za jedno z najbardziej obiecujących miejsc rewitalizacji miejskiej w kraju, z potencjałem turystycznym na miarę Savannah, Charleston i Nowego Orleanu. Co jest tym bardziej zdumiewające, że przez dekady dzielnica leżała w ruinie.
Niemcy przynieśli ze sobą nie tylko architekturę. Przynieśli kulturę, język, teatry, gazety, towarzystwa śpiewacze i — przede wszystkim — piwo.

Stolica piwa, która zniknęła pod ziemią
W 1880 roku Cincinnati było oficjalnie uznawane za światową stolicę piwa. Nie żart — tak właśnie pisała ówczesna prasa. Na samej ulicy Vine Street w Over-the-Rhine działało 136 zarejestrowanych barów, tawern i ogrodów piwnych. W całym mieście funkcjonowało ponad 30 browarów, z czego ok. 17 tylko w OTR. Nazwiska browarników — Christian Moerlein, John Kauffman, Windisch-Muhlhauser, John Hauck — były w Cincinnati tak znane jak dziś nazwiska właścicieli drużyn sportowych.
Kluczem do sukcesu był lager — piwo fermentowane w niskich temperaturach, które Niemcy przywieźli ze sobą z ojczyzny. Problem w tym, że lager wymaga chłodu, a w Ohio przed erą mechanicznej chłodni chłód był towarem rzadkim. Rozwiązanie okazało się genialnie proste: zejść pod ziemię.
Pod ulicami Over-the-Rhine browarnicy wykuli ręcznie rozległą sieć tuneli i komór w wapieniu i cegle. Tunele sięgały 9–14 metrów pod powierzchnię ulicy — tam temperatura utrzymywała się przez cały rok na poziomie około 13 stopni Celsjusza, idealnym dla fermentacji lagera. W ścianach tuneli tkwiły drewniane rury dębowe — ówczesny odpowiednik stali nierdzewnej — którymi spływało piwo do beczek. Pod sufitem ciągnęły się miedziane rury z lodowatą wodą, schładzające przestrzeń do fermentacji jeszcze bardziej. W ścianach wydrążono otwory wentylacyjne, którymi uchodził dwutlenek węgla — robotnicy mogli pracować bez ryzyka uduszenia, choć i tak była to praca ciężka, zimna i ciemna.
Sam browar Johna Kauffmana na Vine Street 1622 — jeden z największych w mieście — produkował w szczycie popularności, w 1894 roku, 70 tysięcy baryłek piwa rocznie. Mieszkańcy Cincinnati wypijali 95 procent tego, co miasto produkowało. Statystyczny Cincinnatan pił wtedy około 40 galonów piwa rocznie — trzy razy więcej niż przeciętny Amerykanin.
Potem przyszła Prohibicja.
W jednej chwili 30 browarów zamknęło drzwi. Tunel Kauffmana zapieczętowano, wejście zabetonowano. Minęło niemal sto lat, zanim w 2008 roku miejscy odkrywcy natrafili na oryginalne plany browaru i zobaczyli na nich tajemniczą linię prowadzącą w dół — w miejsce, o którym istnieniu nikt już nie wiedział. Wzięli młot pneumatyczny i przebili się przez beton. Pod stopami otworzyła się sieć sal i korytarzy, miejscami wysoka na kilkanaście metrów, wypełniona warstwami gruzu, popiołu węglowego i historii. Dziś tunele są dostępne dla zwiedzających — wchodzi się po stromych schodach, bierze latarkę i cofa się o ponad sto lat.
Most, który dał pomysł na most sławniejszy
Rzeka Ohio zawsze była sercem Cincinnati. Kto chciał się bogacić, musiał nad nią stać. Ale przez długi czas rzeka była też granicą, barierą, problemem. Przeprawa promem była powolna, zależna od pogody i od sezonu. Pomysł zbudowania mostu pojawił się już w latach 40. XIX wieku, ale trafiał na mur sprzeciwu — właściciele promów lobbowali przeciw, przedsiębiorcy żeglugowi bali się o wysokość kominów swoich parowców, a politycy kłócili się o lokalizację.

Kiedy w końcu zdecydowano się poważnie podejść do sprawy, wybór padł na Jana Augusta Roeblinga — pruskiego emigranta, inżyniera, który opatentował metodę produkcji lin stalowych i zbudował już kilka mostów wiszących w Pensylwanii i przy Niagarze. Roebling przyjął zlecenie i opracował projekt. Prace ruszyły we wrześniu 1856 roku, choć nie bez problemów — panika ekonomiczna 1857 roku omal nie zniszczyła finansowania, a wybuch wojny secesyjnej wstrzymał budowę na kolejne lata. Most otwarto ostatecznie 1 stycznia 1867 roku.
W chwili otwarcia Most Covington-Cincinnati był najdłuższym mostem wiszącym na świecie — jego główna przęsła mierzyła 322 metry. Dziś nosi imię swojego twórcy i wpisany jest na listę Narodowych Zabytków Historycznych i Narodowych Zabytków Inżynierii Cywilnej. Ale najciekawsza jest jego dalsza historia — albo raczej historia następcy, którego Roebling zaczął planować niemal natychmiast po zakończeniu robót w Cincinnati.
Zdobyte tu doświadczenie, wypracowane rozwiązania techniczne, sprawdzone metody fundamentowania wież w wodzie — wszystko to Roebling zabrał ze sobą do Nowego Jorku, gdzie w 1869 roku przystąpił do planowania przeprawy przez East River. Most Brookliński, ukończony w 1883 roku przez syna Jana — Waszyngton Roebling — jest bez wątpienia słynniejszy od swojego poprzednika. Ale Cincinnati ma rację, kiedy mówi z lekką dumą: to my byliśmy pierwsi. Most nad Ohio był prototypem i laboratorium, które umożliwiło powstanie jednej z ikon Nowego Jorku.
Lokalne rodziny do dziś nazywają most nad Ohio „Śpiewającym Mostem” — metalowa kratownica jezdni wydaje charakterystyczny, niski dźwięk, gdy przejeżdżają po niej samochody.
Upadek i odrodzenie
Historia Over-the-Rhine jest też historią upadku, którego przyczyny były tak złożone, jak złożone jest każde wielkie miasto. Prohibicja zabiła ekonomiczne serce dzielnicy. Pierwsza wojna światowa przyniosła antyczną histerię — przemianowywano ulice, zamykano niemieckie towarzystwa, ludzie wstydzili się mówić po niemiecku w miejscach publicznych. Suburbanizacja lat 50. i 60. wyciągnęła z centrum tych, którzy mogli sobie pozwolić na wyjazd. Budowa autostrad I-75 i I-71 zniszczyła sąsiednie dzielnice zamieszkałe przez Afroamerykanów, kierując ich do OTR. Bieda się zagęszczała, budynki niszczyły, przestępczość rosła.
W 1990 roku mediana dochodu gospodarstwa domowego w Over-the-Rhine wynosiła około 5 tysięcy dolarów rocznie. W 2009 roku jedna z krajowych analiz uznała dzielnicę za najniebezpieczniejszą w Stanach. To samo miasto, które sto trzydzieści lat wcześniej było wizytówką niemieckiej kultury i siłą napędową browarnictwa.
Odrodzenie przyszło stopniowo, przez konserwatorów zabytków, artystów, małe browary i restauratorów, którzy dostrzegli w ceglanych kamienicach coś, co większość widziała tylko jako problem. Rhinegeist Brewery, jedno z najbardziej znanych rzemieślniczych browarów w Ohio, otworzyło się w 2013 roku w budynku przedprohibicyjnego browaru. Christian Moerlein — marka historyczna — wróciła. Na ulicach pojawiły się kawiarnie, galerie, niezależne sklepy. Dzisiaj Over-the-Rhine jest jedną z najmodniejszych dzielnic w całym Ohio.
Brzmi znajomo? Bo to jest historia, którą zna każde duże amerykańskie miasto. Różnica w przypadku Cincinnati polega na tym, że historia tutaj nie jest fasadą — ona dosłownie stoi w ścianach tych budynków, leży w tunelach pod ziemią i śpiewa pod kołami samochodów na starym stalowym moście.
Cincinnati warto odwiedzić właśnie dlatego, że jest autentyczne. Nie odgrywa historii — ona jest jej częścią
Polecamy naszą wycieczkę „Niagara i kaniony wschodu w jesiennych kolorach”



