Spędziłem w mieście Meksyk kilka dni i już od pierwszych chwil poczułem, że to miejsce inne niż wszystkie, które dotąd odwiedziłem. To miasto nieustannie pulsujące życiem, gdzie historia i nowoczesność splatają się w sposób, który trudno znaleźć gdzie indziej. Oczekiwałem chaosu i miejskiego zgiełku, ale zamiast tego znalazłem przestrzeń pełną harmonii, energii i ludzi, którzy nadają temu miastu unikalny rytm.

Miasto Meksyk zaskakuje mnie swoją czystością. Spodziewałem się większego niewydolnej miejskiej infrastruktury i wręcz brudu. Tymczasem ulice są zadbane, place regularnie sprzątane, a parki pełne zieleni i porządku. Definitywnie jest tu czyściej niż w Chicago – mniej śmieci na chodnikach, lepiej utrzymane przestrzenie publiczne. Stolica Azteków jeszcze przed przybyciem Europejczyków szczyciła się czystością. To efekt wydolnego systemu, w którym miasto zatrudniało olbrzymie ilości ludzi którzy wraz z niewielkimi koszami na śmieci na czterech kauczukowych kółeczkach – jak bagaż i miotłą przemierzali całe kwartały i na bieżąco czyścili podległy sobie obszar z nieczystości.
Do dziś władze miejskie utrzymują ten wydajny system a jednocześnie utrzymując czystość. Również poczucie bezpieczeństwa jest co najmniej takie samo, jeśli nie większe. Spacerując po historycznym centrum czy nowoczesnych dzielnicach, nie odczuwam niepokoju, który czasem towarzyszy mi w innych dużych metropoliach. Ludzie są uprzejmi, życzliwi, a obecność służb porządkowych dodatkowo wzmacnia wrażenie spokoju i kontroli nad przestrzenią miejską.
Pierwsze kroki skierowałem na Zócalo, ogromny plac, który od wieków jest sercem miasta. Tam zależało mi na spotkaniu z Indianami, którzy w cieniu potężnej katedry, tuż obok ruin azteckiego Templo Mayor, stoją jakby rodem z innej epoki – ubrani w bogato zdobione pióropusze, ze stopami owiniętymi w skórzane sandały. Przy dźwiękach bębnów, otuleni zapachem palonej szałwii, oczyszczają przechodniów nie tylko ze złych duchów czy wręcz choroby, ale także uwalniali duszę od starych zobowiązań czyniąc miejsce na nowe które kiedyś do nas przyjdzie i zastąpi to co odeszło. Tak właśnie czynili to ich przodkowie przed wiekami, tak samo czynią to ich potomkowie.
Tym razem i ja łaknąłem rytuału oczyszczenia. W tej jednej chwili poczułem jakby moja wizyta w Meksyku była szansą na właśnie ten rytuał, który był mi pisany już od pewnego czasu. Było w tym coś mistycznego, coś, co sprawiało, że przez chwilę nie czułem się jak podróżnik, który przeniósł się w czasie a jako cząstka większej mistycznej energii, która pulsuje w tym miejscu od tak dawna.

Spacerując ulicami miasta, szybko dostrzegłem jego niezwykłą architekturę, za którą mieszkając w USA tak bardzo tęskniłem. Europejski Meksyk zbudowano na wysuszonym jeziorze, a jego fundamenty powoli zapadają się w grząski grunt. Wiele budynków jest przekrzywionych, jakby walczyły o równowagę, ale właśnie to nadaje im wyjątkowy urok. Te lekko pochylone fasady, ozdobione kolonialnymi detalami, tworzą obraz miasta, które mimo upływu wieków nadal trwa, dumne i piękne. Tu mogę zacytować pierwsze prawo budowlanki – trochę krzywo to też prosto a za razem jak uroczo.
Popołudniowe odwiedziny w Bazylice Matki Bożej z Guadalupe, największym sanktuarium maryjnym na świecie, to wyjątkowa okazja, by poczuć duchową atmosferę tego miejsca, w którym według tradycji w 1531 roku Matka Boża objawiła się Indianinowi Juanowi Diego, pozostawiając na jego tilmie cudowny wizerunek, będący symbolem meksykańskiej wiary i unikatowej formy religijności łączącej katolicyzm z rdzennymi tradycjami.
Guadalupe to nie tylko serce meksykańskiej duchowości, ale i jedno z najczęściej odwiedzanych miejsc pielgrzymkowych na świecie, które każdego roku przyciąga miliony wiernych z różnych zakątków globu. Podczas mojej obecności nie tylko w Guadalupe, ale i w całym Meksyku, spotkałem ogromną liczbę pielgrzymek z Polski, co tylko potwierdza, jak głęboko zakorzeniony jest kult Matki Bożej z Guadalupe w sercach Polaków i jak wielkie znaczenie ma to miejsce w ich duchowej drodze.
Sporo czasu spędzałem na ulicy Avenida Reforma, jednej z najpiękniejszych alei, jakie widziałem. To szeroka arteria, wzdłuż której rozciągają się nowoczesne wieżowce, parki i liczne place, pełne młodych ludzi. To właśnie tam, na miejskich skwerach, czułem prawdziwą energię Meksyku. Grupy przyjaciół zbierały się wokół przenośnych głośników, tańcząc, śmiejąc się i po prostu ciesząc się chwilą.
Muzyka płynęła z każdego możliwego urządzenia – telefonów, przenośnych kolumn, a nawet samochodowych radioodbiorników. Ludzie tańczyli salsę, cumbię, a czasem po prostu swobodnie poddawali się rytmom, które unosiły się w powietrzu. Nikt się nie spieszył, nie patrzył w ekran telefonu – liczyła się tylko chwila i bycie razem.

Wieczory należały do Zona Rosa i Roma, dzielnic pełnych życia, restauracji i barów. Siadałem w kameralnych miejscach i zamawiałem kieliszek wina oraz tacos lub tamales, ciesząc się atmosferą, która przypominała mi eleganckie europejskie metropolie. Czasem wpadali tam muzycy z gitarami, rozbrzmiewając balladami, które wprawiały wszystkich w nostalgiczny nastrój. Meksyk potrafi być głośny i szalony, ale potrafi też być elegancki i pełen subtelnego uroku.
W niedzielę po zwiedzeniu Muzeum Antrpologicznego którego odwiedziny polecam każdemu, na zaproszenie mieszkającej tu koleżanki ze studiów udałem się do Polanco – ekskluzywnej dzielnicy, w której poczułem się jak w Madrycie czy Mediolanie. Luksusowe butiki, eleganckie restauracje, szerokie chodniki i zieleń otaczająca modernistyczne budynki – to był zupełnie inny Meksyk, bardziej wyrafinowany, bardziej światowy. Tu zatrzymaliśmy się na długi lunch, gdzie nawet zwykłe choć wyśmienite gyrosy – niby proste danie a jednak podane zostały w najbardziej wyrafinowanej wersji.

Meksyk zachwycił mnie tym czego brakuje mi w USA – europejskością. Ale choć kolonialne wpływy są tu widoczne, jedno było dla mnie jasne – miasto Meksyk to wciąż duch dawnego Tenochtitlánu. Hiszpańska konkwista mogła podbić i przyłączyć je do imperium, ale nigdy nie unicestwiła narodu, który tu mieszkał, ani jego kultury, która do dziś żyje w języku, rytuałach, kuchni, muzyce i codziennym życiu mieszkańców. Jeśli już, to Europejczycy tylko ją wzbogacili, dodając do niej nową warstwę, ale nigdy jej nie zastąpili.
Kordian Eli Gdulski to doświadczony podróżnik, przewodnik turystyczny i autor artykułów podróżniczych, który przemierzył dziesiątki krajów na kilku kontynentach, odkrywając zarówno wielkie metropolie, jak i dzikie, nieodkryte zakątki świata. Jest założycielem i właścicielem biura podróży Eli Trips, z siedzibą w Chicago, które specjalizuje się w organizacji wyjątkowych wypraw po Stanach Zjednoczonych i innych fascynujących zakątkach świata. Jako przewodnikłączy dogłębną wiedzę historyczną z osobistymi doświadczeniami, oferując podróże pełne pasji, autentycznych spotkań i niesamowitych przygód. Jego artykuły podróżnicze wyróżniają się wnikliwą obserwacją, autentycznym stylem oraz zdolnością do uchwycenia magii miejsc, które odwiedza. Dzięki swojej wiedzy, charyzmie i nieustannej ciekawości świata inspiruje innych do odkrywania nowych horyzontów i przeżywania podróży, które zostają w pamięci na całe życie. 🌍✈️




